Uwe Boll, czyli jak robić śmieszne filmy

Trochę mi szkoda pisać pierwszy konkretny post akurat o tym, ale przed chwilą obejrzałem najnowsze dzieło mojego nowego ulubionego reżysera i nie da się przejść obok tego wytworu obojętnie. Film jest luźną adaptacją gry (bardzo luźną), więc nie spodziewałem się rewelacji. “In the Name of the King A Dungeon Siege Tale” (widocznie samo “Dungeon Siege” było zbyt prostackie dla wykwintnego gustu Uwe) już od pierwszej sceny zdaje się przekonywać mnie jak wielki błąd popełniłem naciskając play. Później jest jeszcze lepiej – druga scena – WTF, czy główny bohater właśnie rzucił bumerangiem w ptaki? Parę wskazówek (jakby ktoś chciał iść w ślady Uwe):

1. Imię Farmer dla głównego bohatera, który jest farmerem, NIE jest dobrym pomysłem

2. Śmieszny hełm dany królowi NIE czyni go bardziej przyjaznym

3. Bumerang NIE jest dobrym dodatkiem do walk białą bronią

4. Sceny żywcem wyjęte z “Władcy Pierścieni” NIE pasują do każdego filmu z bitwami i magami

Jakieś plusy tego cudeńka? No cóż, momentami są całkiem przyzwoite zdjęcia, ale po chwili odbywa się jakiś idiotyczny dialog, który wszystko psuje. Obsada! Jeśli miałbym jedno pytanie do Uwe, to właśnie odnośnie aktorów. Jak udało Ci się upić do takiego stopnia tak wielu sympatycznych aktorów, że zgodzili się w tym zagrać?

Podsumowując ostatnie 12o minut poniewierania umysłu ze spokojem wystawiam ocenę 3/10 (1 za obsadę, 1 za kupę niezamierzonego śmiechu, 1 na zachętę, żeby Uwe przeszedł na bardzo wczesną emeryturę). Bardzo pośrednio wiąże się to z grami co prawda, ale nie mogłem powstrzymać się od podzielenia wrażeniami.

Dodaj komentarz