CoD 5: World at War – bywało lepiej.
Kiedy krótko po sukcesie Modern Warfare ogłoszono następną część Call of Duty i ujawniono powrót do czasów II Wojny Światowej, wielu nie kryło rozczarowania. Faktycznie wydawało się, że rynek jest już nasycony tytułami z tego okresu i wszystko, co powstanie może być już tylko odgrzewanym kotletem. Czy World at War wnosi coś nowego? Czy podniesie poprzeczkę, która została niebywale wysoko zawieszona przez poprzednią część?
Silnik gry pozostał ten sam, ale twórcy się zmienili. Niewątpliwie trudnego zadanie podjęli się ludzie z kalifornijskiego Treyarch. Tutaj występuje pierwsza wątpliwość – czy producent, który wcześniej nie miał za bardzo do czynienia z rynkiem PC, poradzi sobie? (Call of Duty 2: Big Red One i Call of Duty 3 ukazały się tylko na konsolach) Z drugiej strony mieli ułatwione zadanie – świetny silnik do dyspozycji, można było skupić się na innych rzeczach.
Piąta już część zabiera nas z powrotem na fronty II WŚ, ale stara się podejść do tematu z innej strony. Akcja dzieje się w latach 1942-45 w dwóch różnych miejscach konfliktu. Liczyłem na coś na kształt mistrzowskiego interaktywnego intra z Modern Warfare, ale niestety nie doczekałem się. Jak można było się spodziewać, zaczyna się od migawek z archiwów, krótkie wprowadzenie, w którym towarzysze broni ratują nas z opresji (to chyba miało być coś na wzór jazdy samochodem na początku CoD 4, ale nie daje takiego efektu) i wskakujemy w środek akcji. Kampania amerykańska ma miejsce na wyspach Pacyfiku, drugie podejście do tego obszaru działań wojennych po średnio udanym MoH Pacific Assault. Niedługo potem przeskakujemy w skórę radzieckiego wojaka w Stalingradzie, twórcy nawet nie starają się ukryć inspiracji Wrogiem u Bram (czego nie można uznać za wadę). Kiedy wydostajemy się z tego piekła pozostaje nam już tylko ciągła ofensywa w stronę Berlina. Akcja w obydwóch miejscach globu dzieje się jednocześnie, ale brak im powiązania fabularnego, jakie miało miejsce w Modern Warfare. Traci na tym trochę grywalność, w poprzedniej części parło się naprzód chociażby z ciekawości, co wydarzy się za chwilę. Tutaj tego brakuje.
Misje są dosyć standardowe – oczyścić bunkry, zdobyć wzgórze. Co czyni je wyjątkowymi w kampanii amerykańskiej to miotacz ognia, potraktowanie nim wnętrza bunkra sprawia niebagatelną przyjemność. Pomaga też w przebijaniu się przez wysoką trawę, w której często siedzą ukryci żołnierze Cesarza. Chłopakom (dziewczynom?) z Treyarch udało się uchwycić specyfikę walki na tym egzotycznym terenie, trzeba przyjąć inną strategię od tej w Europie. Natomiast kampania radziecka nie wyróżnia się niczym specjalnym, po prostu stary, dobry CoD. Brakowało mi w niej “momentów”, które zapadają w pamięć. Po stronie amerykańskiej parę się zdarzyło, nie wspominając już o Modern Warfare, które jest dla mnie arcydziełem pod względem “filmowości” gier. Wszystko nadal opiera się na skryptach, co często głupio wygląda. Mocno daje odczuć się też liniowość dzięki temu. Niby zawsze mamy przy sobie oddział, ale najważniejsze czynności trzeba przeprowadzić samemu. Zdarzają się akcje, kiedy prawdopodobnie moglibyśmy w nieskończoność odpierać ataki Japończyków, jeśli nie staniemy w odpowiednim miejscu albo nie zrobimy czegoś. Nie przeszkadza to na szczęście w rozgrywce i jeśli nie mamy problemu z płynnością grania to pewnie nawet tego nie zauważymy.
Interfejs i sterowanie nie różni się zbytnio od innych tytułów tego typu. Pasek zdrowia już na dobre odchodzi do lamusa (swoją drogą ciekawe czy jeszcze kiedyś wróci), kiedy zostajemy postrzeleni, chowamy się, głęboko oddychamy i rany w magiczny sposób nam znikają. Pewną nowością jest namiastka walki wręcz, która polega na odpieraniu nożem ataków japońskich bagnetów (co chwilę słychać zbliżające się “BANZAI”). Należy szybko reagować naciskając odpowiedni klawisz, co trzeba wcześnie opanować, bo potrafi zirytować. Nie samym Thompsonem żołnierz żyje, dostajemy też do dyspozycji działka przeciwlotnicze, chwilę jeździmy czołgiem, ogólnie nie jest źle (misja pancerna jest jednak dosyć słaba). Nic nowego w tym aspekcie chyba już nie wymyślą. Odskocznią od tych standardowych elementów jest fenomenalny moim skromnym zdaniem poziom, w którym stajemy za “krzyżykiem” działek na pokładzie “latającej fortecy”. Brak większej interaktywności nie przeszkadza dzięki świetnej realizacji. Co chwilę zmieniamy stronę samolotu w zależności od ataków japońskich myśliwców i kutrów torpedowych przy okazji ratując amerykańckich rozbitków. Nie jest to pierwsza realizacja tego pomysłu, ale wykonanie sprawia, że jeśli kiedyś wrócę do kampanii pojedyńczego gracza to dla tej misji.
Grafika odpowiednio oddaje klimat odwiedzanych miejsc. Silnik z Modern Warfare sprawuje się w okresie II Wojny Światowej tak samo dobrze jak w czasach współczesnych. Posiadając sprzęt odpowiedni do gry w Call of Duty 4 nie będziemy mieć problemów z odpaleniem World at War. Dźwięk nie wspina się na wyżyny gatunku, ale nie denerwuje ani nie przesadza z patosem. Czy mogłoby być lepiej? Z pewnością tak, ale nie ma co narzekać. Dopóki nie przeszkadza w graniu, znaczy jest dobrze.
Do największych minusów można zaliczyć długość rozgrywki, na siłę można przejść całość przy dwóch posiedzeniach. Z drugiej strony 8-10h na grę staje się powoli standardem i pewnie niedługo już nikt nie będzie tego brał pod uwagę przy wymienianiu wad. Wcześniej wymieniony brak powiązania fabularnego między kampaniami czy ogromna wtórność (nie wszystkim musi to oczywiście przeszkadzać) nie pomaga. Grze brakuje tego czegoś, kiedy skończyłem wcale nie krzyczałem “jeszcze!” tylko westchnąłem “w końcu”.
Słowem nie wspomniałem o multi, co prawda dużo czasu nie spędziłem nad nim, ale po tym co widziałem można stwierdzić jedno. Grałeś w Modern Warfare? Poczujesz się jak w domu. Twórcy wyszli z założenia, że dobrego się nie zmienia i przenieśli wszystko z poprzedniej części w realia World at War. Ratuje to w dużym stopniu grę jako całość.
Na podsumowanie wystarczy jedno zdanie. Modern Warfare jest lepszy. Tak się wypisałem, a wystarczyłoby właściwie tylko to stwierdzenie. Inne realia wcale nie zamykają drogi do porównań i World at War w nich przegrywa, chyba w każdym aspekcie. Jeśli nie pociąga nas gra z innymi to z ciężkim fanowskim karabinem muszę powiedzieć DON’T BUY. Przy takim wysypie ciekawszych gier lepiej sprezentować sobie Dead Space, GTA 4 czy PoP. Jeśli naszym głównym celem jest polowanie na innych przed monitorami to zdecydowanie FOR FANS, multi potrafi zatrzymać na dłuższy czas. Liczę na powrót do formy przy następnym występie :>
p.s. Mając okazję zagrajcie w poziom odblokowywany po ukończeniu kampanii pojedyńczego gracza – genialne!